173.

2

hehe… eh.
poczułam dzisiaj ukłucie żalu wpisując adres do swojego bloga w przeglądarce.
musiałam go wpisać całego.

nawet chrome już go nie pamięta.

 

 

jesień, znowu jesień.

jedyne, co nigdy się nie zmienia.

172.

0

czy jeśli wszystko zostało już powiedziane to zostaje jeszcze coś do powiedzenia?

171.

0

Czerwiec, lipiec, sierpień…

Nie wiem kiedy to minęło. Czuję się tak, jakbym poszła spać pod koniec maja a obudziła się dopiero teraz. Cały ten czas przemknął niczym mgnienie oka, ale wiem, że to nieprawda, wiem, że w mgnieniu oka tyle zdarzeń się nie dzieje.

Jeśli chodzi o stronę emocjonalną, to wydaje mi się, że jestem w końcu w punkcie, w którym chciałabym być. Mimo, że cała rzeczywistość wokół mnie jest jeszcze nieco niepewna, to czuję, że z dnia na dzień staje się coraz stabilniejsza. Oczywiście, że mam wątpliwości. Oczywiście, że się boję. To nie są decyzje, które byłyby pozbawione konsekwencji. Jednakże myślę, że jeśli podejdzie się do nich ze zdrowym rozsądkiem i na spokojnie, to wszystko powinno być pod kontrolą i się ułożyć.

No bo jego przeprowadzka do Wrocławia, decyzja o wspólnym zamieszkaniu, ba, znalezienie tego mieszkania, mnóstwo codziennych i przyziemnych czynności… Nie, nie z motocyklistą. Stety (bądź nie) jego rola w tym, jak moje życie dziś wygląda była całkiem znaczna, bo gdyby nie tamta relacja, ta prawdopodobnie nigdy by się tak nie rozwinęła. Bo, mimo naszego 10-letniego stażu znajomości, o czym kiedyś pisałam, żadne z nas nie było chętne do najszczerszych wyznań. A kiedy to już się stało, wszystko decyzje przyszły nam bardzo naturalnie. Bo w końcu to stało się możliwe. My staliśmy się możliwi. Nigdy, przenigdy nie sądziłam, że będę mogła i potrafiła się tak poczuć. Myślałam, że już całkowicie zamieniłam się w głaz pokryty mchem, w najdzikszego dzika, przeżartego smutkiem, cynizmem i pogardą.

Jak się okazało, jednak nie. Boję się tego i o to cholernie, ale chcę w to brnąć.

Niedługo moje urodziny. Zawsze w tych okolicach zbiera mi się na różne refleksje. Rok temu byłam w Berlinie i gdyby ktoś powiedziałby mi wtedy, że za dwa tygodnie od dziś zamieszkam z Ł., chyba bym parsknęła śmiechem, aż tak do łez. Może też trochę do łez smutku, bo nigdy nie myślałabym, że coś takiego mogłoby faktycznie mieć miejsce.

Chytry Panie.

Jestem pełna strachu i nadziei.

170.

1

kolejne doświadczenie w moim życiu.

wczoraj, po naprawdę świetnym seksie, się popłakałam. było mi tak w chuj smutno, tak w środku, tak najgorzej.

(bo nie mogłam znieść myśli, że ten, który leży obok mnie nie jest tym, który powinien tam leżeć.)

„czy powiedziałem coś nie tak?” – całe szczęście, że mam zapalenie spojówek i alergię. – nie, nie. to wszystko przez te spojówki.

 

 

kuuuurrrwa.

169.

0

Boże.

Dlaczego to słońce tak głośno świeci.

168.

0

Hm. Trochę o historii pewnej znajomości.

Dzieciakiem będąc, gdzieś w okolicach 2004 r., założono nam w domu stałe łącze. No to się zaczęło, internety, czaty, znajomości. Całe szczęście ominęło mnie szaleństwo na erotycznych czatach interii; zamiast tego zaczęłam interesować i bawić się w fantastykę. Poznałam wtedy masę ludzi z całej Polski, z dużą częścią się pospotykałam, a z niektórzy zostali nawet doktorantami na mojej uczelni i zdarza mi się spotkać ich na uniwersyteckim korytarzu. Jednym z tych ludziów był właśnie Ł., poznany około czerwca 2004 r. Nie wiem jak, dlaczego, po co, ale od tego momentu jest jedną z niewielu stałych rzeczy, osób, bez których nie wyobrażam sobie życia. Ostatnio sam powiedział, że „chciałby mnie rzucić z dnia na dzień, ale mija trochę czasu i zaczyna mu coś przeszkadzać i że chciałby mi o czymś opowiedzieć”. Dorastaliśmy razem, zmienialiśmy się razem, kłóciliśmy się, dorośliśmy… aż w końcu nastąpiła stabilizacja. Jakaś część mnie wie (i być może ma nadzieje, chociaż nigdy wcześniej bym się do tego przed sobą nie przyznała), że w końcu i tak skończymy razem, bo nigdy, przenigdy nie spotkałam osoby, która by do mnie tak pasowała a jednocześnie tak mnie irytowała (a przy tym w pełni zdawała sobie z tego sprawę). Jest jednak coś, co stoi nam na przeszkodzie – mianowicie, mimo tak niewiarygodnie długiego czasu jaki się znamy, nigdy nie zdarzyło nam się spotkać… na żywo. Ł., sam ostatnio mi się przyznał, że nieco bał się (i dalej trochę boi), że gdy się spotkamy cała magia naszej znajomości zniknie. Niestety, ja już dłużej nie chcę być tylko internetowym okienkiem, szczególnie dla kogoś kogo znam tyle czasu i tyle o nim wiem. Własnie – tyle o nim wiem. Wiem i nie wiem.

Wiem, czego się boi, jak często ma weltszmerc, że za dużo rozkminia, że czasem trzeba mu pomóc wyjść z tych rozmyślań, że to ekstrawertyczny introwertyk, że trzeba go czasem popchnąć do przodu, bo to zdolny i mądry chłopak, ale jak się zawiesi… Ale nie wiem na którym boku lubi spać, czy najpierw bierze prysznic a potem myje zęby, jakich perfum używa, czy woli płatki z ciepłym czy z zimnym mlekiem, i tak dalej, i tak dalej. I trochę rozumiem, że się boi. Że mimo tego, że znamy się tak dobrze >w środku<, to ta strefa zewnętrzna, zwykłe, codzienne zachowania, jest nam obca.

Ponadto, mam wrażenie, że ta znajomość jest dla nas obojga nieco toksyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi. Bo, nie oszukujmy się, 10 lat to sporo czasu. Jak sobie pomyślę, że teraz miałabym kogoś spotkać i poznawać go przez kolejne 10 lat to zwyczajnie mi się nie chce. Bo co? W wieku 30 paru lat i tak nie znałabym tej osoby w połowie tak jak Ł.

Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jesteśmy dla siebie czymś w rodzaju „bezpiecznej odskoczni”, bo mamy swoją i tylko swoją relację, która nie powinna obchodzić i dotyczyć innych. Może się to wydawać nie fair w stosunku do naszych byłych, obecnych i przyszłych, bo mogłoby to być odebrane jako pewien rodzaj psychicznej zdrady. Cholera. W takim wypadku jak bardzo brzydzę się zdradą, to chyba jednak zdradzam… A może nie? Można mieć takie podwójne relacje?

Miałam zakończyć to jakimś ważnym podsumowaniem, lecz wlałam sobie własnie trzecią szklankę Jagermeistera i troszkę zgubiłam wątek. W każdym razie nie chciałabym, by ta znajomość kiedyś się skończyła, tak bez sensu, jak czasem znajomości się kończą. Bo nie wyobrażam sobie życia bez Ł., nawet jedynie w charakterze przyjaciela. A wszystko dlatego, że wiem, że nigdy nikt nie pozna mnie i nie zrozumie tak jak on.

A wracając własnie do obecnych, to kilka dni temu T. powiedział mi, że jestem oschła. I że mam problem  z wyrażaniem uczuć.

No kurwa, Ameryki nie odkrył.

O, i jeszcze dziś się zdziwił, że nie mam nic przeciwko jego wyjściu z kolegami, żeby się napić, beze mnie.

A co ja, psa mam czy chłopaka?

Ja jestem kotem i tak się zachowuję. Nie lubię ograniczeń i nie lubię ograniczać.

-

Na dziś tylko Placebo.

167.

1

 

To by wyjaśniało moje ostatnie rozważania o myśleniu.

166.

0

jezus maria,

nie ogarniam.

 

a little more stupid, a little more scared
every minute more unprepared

you know I dreamed about you
for 29 years before I saw you
you know I dreamed about you
I missed you for
for 29 years

Jest to moja ulubiona i zarazem pierwsza piosenka The National, jaką usłyszałam.

 

Od kilku dni zbieram się, by w końcu wyrzucić z siebie coś. Coś, bo jeszcze sama nie wiem dokładnie co to będzie i jaki przybierze kształt.

Bardzo nie lubię chwil, kiedy sama nie jestem w stanie opisać co dokładnie i jak czuję i o co mi w ogóle chodzi. Może to wszystko przez te święta i próbując odwrócić swoją uwagę od jedzenia (swoją drogą, moja siła woli chyba niedługo będzie ze stali) wymyślam sobie problemy. Własnie – wymyślam. Całe to myślenie… do dupy z nim. Można to jakoś wyłączyć?

 

 

No, to tyle.

165 z kawałkiem.

1

Dzisiaj próbowałam myśleć.

Mówię „próbowałam” bo nic konkretnego z tego całego myślenia nie wyszło. Żadnych wniosków. Nawet najmniejszych.

Jest taki utwór, pierwotnie wykonywany przez Trenta Reznora z Nine Inch Nails, a później zcoverowany (ehe, polish your english) przez Johnny’ego Casha. Nie mogę niestety zdecydować się, którą wersję wolę bardziej. Reznor przedstawia ją w taki sposób, że mam gęsią skórkę na całym ciele. Słuchając tego mam poczucie wewnętrznej pustki i niemal czuję się jak ten … „psychol” stojący nad swoją ofiarą, ostrzegający przecież, że „i will let you down, i will make you hurt”, jednak wcale nie zwracający się do niej, a mówiący wyłącznie o sobie do siebie. Bo co się stało to się nie odstanie… „what have I become, my sweetest friend?”. A może to nie ofiara, a nowa działka? A to nie żaden psychol, tylko ktoś strasznie już zrezygnowany będący swoją własną ofiarą? I to uderzenie na koniec.

Cash natomiast w swojej wersji śpiewa jednostajnie, niemal monotonnie i bez emocji. I to jest straszne, bo w tej chwili dużo bardziej się z tym utożsamiam. Zauważyłam bowiem, że od jakiegoś czasu ciężko jest mi o jakiekolwiek skrajne emocje. Myślę, że mój organizm wykształcił sobie taki mechanizm obronny, zwłaszcza po smutnym 2012 roku i całkiem niewesołym 2013. Trochę się boję, że może faktycznie aby coś poczuć musiałabym się skrzywdzić. Nie żebym miała jakieś masochistyczne skłonności, aczkolwiek sam fakt rozkminy na ten temat jest trochę smutny. Już nawet nie pamiętam o czym chciałam napisać, wracając do przeżyć związanych z tym utworem. Wiem jednak, że z pozoru monotonne i beznamiętne wykonanie skrywa w sobie tak cholerną dawkę emocji, że słuchanie tego o 1:30 w nocy nie jest najlepszym rozwiązaniem. Ech, what have i become…

i tak everyone I know goes away in the end.

Mam na myśli oczywiście „Hurt”.

Jednak zdecydowałam się na Casha.

A z serii frustracje: kurwa mać. Jak ciężko jest być introwertykiem, za dużo myśleć i analizować. Na ch mnie to?

164.

1

 

jestem zwierzakiem. takim kotem. marcowym.

tyle w temacie.


  • RSS